Kyle Lowry – koszykarz renesansu

Elwood,16 maja, 2016

Nasz nowy bohater narodowy. Kyle Lowry, rozgrywający z krwi i kości. Człowiek, który doprowadził nas do ziemi obiecanej, zamknął usta niedowiarkom i udowodnił swą wielką wartość. Skoro tak wiele mu zawdzięczamy, to czemu nie poświęcić mu kolejnych linijek tekstu? Jest chociaż jeden argument ku temu? Nie? Tak myślałem…

Lowry trafił do NBA z 24 numerem draftu w 2006 roku. Patrząc z perspektywy czasu, osiągnięcia tudzież umiejętności – steal jak się patrzy. Ten sam draft, w którym przed nim szły przeciętne jednostki pokroju Bargnaniego, Adama Morrisona, Patricka O`Bryanta czy Sene. Ta sama runda, z której w lidze na poważnie ostali się jedynie Rondo, Aldridge,Redick. Z drugiej rundy mamy jeszcze jegomościa nazwiskiem Paul Milsap i to tyle. Jeden z najsłabszych draftów ostatnich lat, a tymczasem do 24 wyboru ostał się nasz rodzynek. Rodzynek Kyle trafił do Memphis, gdzie pierwsze szlify miały miejsce pod skrzydłami innego dobrego znajomego Jurassic Park, Damona Stoudemier`a. Szlify były krótkie, wszak po 10 meczach sezonu regularnego Kyle nabawił się kontuzji nadgarstka i resztę debiutanckiego sezonu przesiedział na ławce z szykownym gipsem. Rok drugi w Memphis i z jednej niepewności Lowry przeszedł w drugą – Grizzls wybrali w drafcie Conleya, tym samym wskazując na kierunek rozwoju zespołu i zamysł chęci budowania przyszłości na nowym zawodniku. Tym samym nasz heros zmienił barwy klubowe na me nie ulubione, czyli

Houston Rockets. Nowy pracodawca powziął decyzję, iż KL będzie pierwszą opcją na pozycji #1. Pierwszy rok = starter. Kolejny, zaplecze za Aaronem Brooksem. 3 rok, pierwsze triple double, częstsze trafienia za 3 punkty, więcej wjazdów pod kosz i liga dostrzega Kyle`a.  Kyle również zauważa zainteresowanie (Cavs byli naprawdę blisko pozyskania KL, jakkolwiek Rockets wyrównali ofertę). Większe zainteresowanie, lepsze osiągnięcia to i ego napompowanym się staje. Tym samym po 4 latach gry w Rockets po raz kolejny czas na zmiany. Dragić pierwszym rozgrywającym rakiet, Lowry celem oczyszczenia salary zostaje nam podarowany w prezencie. No, niekoniecznie w prezencie – za Garego Forbesa, skrzydłowego bez potencjału, dynamiki, celnego rzutu. Wymiana jak się patrzy.

Toronto – nowe rozdanie, nowe szanse i od razu parowanie z nowymi partnerami. Nowa miotła w klubie, Masai Ujiri z miejsca wyłożył kawę na ławę. „Chcesz być graczem za 2 mln czy graczem za 10 mln?”. Szybko, konkretnie i bez owijania w bawełnę zapewnił Lowrego, iż mu ufa, pokłada w nim nadzieję i chce w oparciu o niego budować zespół. Drugi impuls, drugi partner do brydża to DeRozan – po oddaniu Rudego Gaya DeMar ustalił z Kylem, że to ich zespół, ich odpowiedzialność i ich miejsce i czas, by ugruntować swą pozycję w lidze. Piękny apel ze strony młodziana w kierunku zaprawionego w boju rozgrywającego. Wielkie słowa, czyny jeszcze większe. Bo jakże by inaczej?

4 lata w Toronto. 4 lata poprawy gry zarówno indywidualnej jak i osiągnięć całego zespołu. 4 lata udowadniania niedowiarkom, że serce do gry, waleczność i charakter dają więcej niż eksplozje zagrań znanych z NBA Live, gra na pokaz i błyski fleszy. Styl gry – twardy, bezkompromisowy. Po części przypomina Raya Feltona, gdy ten jeszcze grał w prawdziwą koszykówkę. Przegląd pola, wjazdy pod kosz, psot up. Do tego walka o zbiórkę, twarda obrona, siła woli i upór, dzięki której jak to na lidera przystało chce ciągnąć zespół tak daleko, jak to tylko możliwe. Idealny człowiek w idealnym miejscu. Nasz lider. Nasz #7.

In Lowry we trust.

Z miłości do koszykówki:
Elwood
16 maja, 2016