Świetny mecz z Detroit Pisons… Przegrany przez nas

Mefju A,13 stycznia, 2015

Każda osoba, która śledzi rozgrywki NBA, musiała spodziewać się mocnego widowiska, kiedy naprzeciwko siebie miały stanąć drużyny Toronto Raptors i Detroit Pistons. Choć pierwsza kwarta mogła o tym nie świadczyć, mecz całościowo był walką punkt w punkt do samego końca. Kara dla tych, którzy go nie obejrzeli!

Wspomniana pierwsza kwarta to nie byli ci Pistons. Zagraliśmy szybko zarówno w ataku i obronie deklasując rywali, ale w dużej mierze była to zasługa ich samych. Żeby nie było. Nasza drużyna udowodniła, że do meczu jest świetnie przygotowana, inaczej te 12 minut nie wyglądałyby, tak jak wyglądały. Zdarzały nam się spotkania, gdy dostosowywaliśmy się do fatalnego poziomu przeciwnika.

Jonas Valanciunas zaproponował nam swój występ życia. Dla niego nie ważne było, czy Pistons się starają, czy nie. Grał po prostu dobrze. W pierwszej 12’stce zdobył dla nas 14 punktów i 6 zbiórek. W całym meczu 31 punktów i 12 zbiórek. Piękne statystyki, lecz byłoby tego wiele więcej, gdyby dostawał więcej szans w drugiej połowie spotkania.

Detroit Pisons w pierwszej kwarcie

Posłużę się obrazkami.

Toronto Raptors vs Detroit Pistons (12-01-2015)

Pierwsza akcja po stronie Toronto Raptors. Jonas Valanciunas gra sam na sam. Piłka nie trafia do kosza, ale bez problemu wykonuje swój rzut.

Toronto Raptors vs Detroit Pistons (12-01-2015)

Jakiś czas później Jonas Valanciunas dostaje piłkę zupełnie niekryty. Wykonuje niepotrzebny pumpfake, na który na szczęście łapie się obrońca i kończy wsadem. Takie troszkę ośmieszenie w jego wykonaniu.

Toronto Raptors vs Detroit Pistons (12-01-2015)

W tej akcji stoi przy nim aż 3 zawodników. Ten nie dość że zdołał złapać piłkę w powietrzu nad nimi wszystkimi, to jeszcze bez problemu wykończył akcję. Żadnego faulu. Nic. Obrona Detroit Pistons po prostu leży, jakby bali się zbierać przewinienia.

Toronto Raptors vs Detroit Pistons (12-01-2015)

Za to tym razem Valanciunas, biały center, ponad 2 metry wzrostu i nie-chcę-wiedzieć-ile wagi, dobiega jako pierwszy do kosza przeciwnika i dostaje lob od Kyle’a Lowry’ego, który już wie, że Pistons śpią i coraz częściej podejmuje decyzje na loby, bez względu na to ile przeciwników stoi na drodze.

Wcale nie chcę niczego ująć Jonasowi, bo tej nocy zagrał świetnie. Katował Pistons nie patrząc kto odpychał go od kosza i ilu ich stało w pobliżu. Myślę, że dorzuciłby z 10 punktów w samej czwartej kwarcie, gdyby dostawał podania.

Toronto Raptors vs Detroit Pistons (12-01-2015)

Niestety wszystko zaczęło się komplikować. Brandon Jennings i spółka wreszcie skupiali się na robocie, a największa różnica była widoczna na pomalowanym.

Nie jestem ekspertem i mam nadzieję, że nigdy nie będę. Natomiast wiem, że wszystko ma jakieś źródło. I nie mówię o tym, że kiedy ktoś się wyróżnia na boisku, to skupiasz na nim swój zespół.

Terrence Ross trafił w pierwszej kwarcie dwie trójki i dwa razy wykończył lob od Kyle’a Lowry’ego. To mogło jeszcze bardziej pomóc odwrócić uwagę od Jonasa Valanciunasa. Dynamiczny zawodnik, który popisał się i trójkami i wjazdem pod kosz. Moim zdaniem to pierwsza rzecz, której brakowało w czwartej kwarcie.

Ale zaraz? Przecież Greivis Vasquez i Kyle Lowry trafili swoje trójki? A no właśnie. Jeśli rozgrywający trafia za trzy, to czy drużyna się nim przejmuje? Nie. Nie rozciągasz w ten sposób piątki przeciwnika. Skupia się na Tobie tylko ten, który ma najbliżej. Żeby to zrobić po parkiecie muszą krążyć podania.

Nasi rozgrywający – którzy swoją drogą grali jednocześnie – popisali się egoizmem i brakiem jakiejkolwiek wyobraźni.

Greivis Vasquez… No jeszcze napomnę fakt, że nigdy nie oceniałem go jako rozgrywającego… Nie wpadł na nic lepszego jak Pick-and-Roll, a kiedy dochodził do wniosku, że JV mógł być łatwo zablokowany oddawał własny rzut. Genialna koszykówka.

Kyle Lowry – lider drużyny. Trzeba było się spodziewać, że będzie chciał wziąć grę na siebie. Do czwartej kwarty wciąż miał 0 punktów na koncie. Niestety to była zła decyzja, bo choć obrona Pistons była lepsza, to znalazło się sporo okazji na podanie do podkoszowego.

Pamiętam moment, gdy pod koniec meczu na parkiecie byli Greivis Vasquez, Lou Williams, Jonas Valanciunas i Tyler Hansbrough. Vasquez wybrał taką zagrywkę (czy też nie wybrał wcale), że w pewnym momencie wbiegł pod kosz, gdzie stali zarówno Tyler i Jonas, obiegł ich dookoła, a oni we dwóch nie mieli pojęcia jak się zachować. Po prostu stali wraz ze swoimi obrońcami i patrzyli się „Co ten Vasquez chce zrobić”.

Było takich nieporozumień kilka. Z udziałem właśnie tej czwórki, piątego zawodnika nie pamiętam. Nie chcę też wyciągać wniosków.

Dlaczego nie chcę obarczać o to Dwane’a Caseya?

Wystarczy obejrzeć mecze innych drużyn, choćby i Dallas Mavericks, których oglądałem przed przyjazdem z Celtics. Sporo z nich funkcjonuje w taki sam sposób jak my. Podaj temu, niech coś wykombinuje. Podaj temu pod kosz, może sobie poradzi… Innym razem składna akcja. Różnica polega na tym, że my zapominamy o tej grze pod kosz. Nie mam więc pojęcia kto jest winowajcą, bo nie mogę mieć takiej wiedzy. Gdybanie to wszystko na co mnie stać mieszkając w Polsce.

Niech wynik nie przysłania ogólnego wrażenia

Poza tym, że przegraliśmy, widowisko było świetne. Mi osobiście podobało się od początk,u aż do samego końca, kiedy to spieprzyliśmy swoją ostatnią szansę na zwycięstwo czy odrobienie strat. Drużyny biły się łeb w łeb, było troszkę charakternie, obecni Detroit Pistons wiele bardziej zasługują na rywalizowanie z nami niż Brooklyn Nets.

Brandon Jennings był jednym z moich ulubionych graczy do momentu, gdy przestałem śledzić jego poczynania i kiedy widzę komentarze redaktorów, że „to nie on, on na ogół tak nie gra” to mam ochotę się śmiać. Tak jakby nie był kluczem w Milwaukee Bucks i nie potrafił przesądzać o końcowym wyniku.

Od pierwszych sekund było widać, że jest na fali, o czym wspomniałem na czacie. Poruszał się rześko, jak to często mówią „jak nowo narodzony”. 34 punkty i 10 asyst to NIE PRZYPADEK.

Nie można było nic na niego poradzić, po prostu wpadał mu każdy rzut. Następnym razem, w następnym meczu.

DeMar DeRozan musi wrócić, aby dołożyć ostatni puzzel w układance zwanej Toronto Raptors. Terrence Ross wróci na swoją pozycję w swojej roli. Ławka znów zacznie siać pogrom w starym ustawieniu.

Trzymajcie się kibice!

Wybaczcie mi jakiekolwiek błędy. Tekst jest długi i mimo wielokrotnych poprawek pewnie coś się znajdzie.

Z miłości do koszykówki:
Mefju A
13 stycznia, 2015