Cavaliers mogą śnić. Zwycięstwo Raptors (110 – 93).

Mefju A,23 listopada, 2014

Osobiście nie promieniuję euforią po ostatnich meczach, jako że według mnie trochę nam się szczęści. Kontuzje, choroby, fochy.. Moim zdaniem tylko dwie czy trzy dobre drużyny naprawdę grały z nami na mocnym poziomie. Udowadniamy jednak, że z własnymi problemami jesteśmy silni na tyle, by skutecznie wykorzystać każdy ubytek w drużynie przeciwnej.

Kibice Cleveland Cavaliers mogą tylko liczyć na to, że ich sen w postaci Kyrie Irving – LeBron James – Kevin Love się pewnego dnia ziści. Może w sam raz na koniec sezonu, kto wie?

Pierwsza kwarta była dla nas bardzo trudna. W pewnym momencie Cavs osiągnęli 18 punktową przewagę 6 – 24, a ostatecznie 21 – 34. Bardzo dobrze ograniczyli nasz pierwszy skład w ataku, który w dodatku bez walki oddawał punkty w obronie. Nie miał kto trafiać. Wiele osób powychodziło z czatu, sądząc, że jest już po meczu.

Sytuacja zmieniła się, gdy na boisko wszedł Lou Williams, bohater całego spotkania. Jego 12 punktów w pierwszej kwarcie powiedziały mi, że będzie to dobry w oglądaniu mecz.

Spodziewałem się raczej bitwy punkt w punkt, aż do ostatniej syreny, ale było zupełnie inaczej. W drugiej kwarcie prowadzeni przez ławkę rezerwowych z dodatkiem Lowry’ego odwróciliśmy wynik, wygrywając ją 35 – 20.

Kolejny Buzzer-Beater Lou Williamsa i w rezultacie przed przerwą wyszliśmy na pierwsze prowadzenie 56 – 54.

Kawalerzyści pokazali nam, jak straszną mają sytuację w drużynie. W trzeciej kwarcie obudzili się nasi starterzy na czele z Jonasem Valanciunasem i DeMarem DeRozanem, a miejscowi nie mieli nam nic do powiedzenia.

Ich fani buczeli, a fani Raptors pokrzykiwali w tle „Let’s go Raptors!”, tworząc wręcz komiczny obraz. Nie mam pojęcia dlaczego, pewnie kuleje chemia w drużynie, bo „nie ma kto grać”. Mnie to nie obchodzi, wygraliśmy i mamy jedną noc z głowy.

W czwartej kwarcie miejscowi zaczęli wychodzić z hali, na parkiet wyszły rezerwy i wszystko stało się już tylko formalnością.

Na wyróżnienie zasługuje oczywiście Lou Williams – rekord kariery 36 punktów. Jest obecnie drugim zawodnikiem w historii Raptors pod tym względem, zabrakło 3 punktów, aby wzbić się na pierwsze miejsce.

Kyle Lowry – dzień jak co dzień. Robił swoje, udało mu się uruchomić pozostałych zawodników, dzięki czemu Lou nie musiał rzucić 60 punktów. 23 punkty i 8 asyst.

DeMar DeRozan – całe szczęście, że zaczął trafiać (20 pkt, 7 – 18 z gry, 1 – 9 w pierwszej połowie). Poradził sobie w obronie z LeBronem Jamesem, kiedy Terrence Ross musiał przejąć Irvinga, aby odciążyć naszego rozgrywającego.

Jonas Valanciunas – jego liczby nie do końca o tym mówią (8 pkt, 5 zb), ale w drugiej połowie zaskoczył, bardzo ułatwiając nam rozegranie.

Reszta w porządku. Terrence Ross miał troszkę gorszy dzień, jeśli chodzi o rzuty (1-5 z gry), ale w niczym nam to nie przeszkodziło. Zdarza się.

Przegraliśmy na tablicach (34 – 46), przegraliśmy w asystach (20 – 24), ale bardziej troszczyliśmy się o piłkę (8 – 18 w stratach).

NBA i tak stara się promować LeBrona Jamesa wrzucając jego najlepsze akcje, ale chyba nawet fani Cavaliers mają tego dosyć.

Mecz z Phoenix Suns może okazać się najtrudniejszym sprawdzianem dla naszej drużyny. Obyśmy sobie poradzili.

Wyróżnieni:

MVP Meczu: Louis Williams

Najlepsi gracze Raptors: Louis Williams: 36 pkt, 4 zb, 3 prz; Kyle Lowry: 23 pkt, 8 ast; DeMar DeRozan: 20 pkt.

Z miłości do koszykówki:
Mefju A
23 listopada, 2014