Indiana Pacers – Toronto Raptors = game 6

Elwood,30 kwietnia, 2016

Witam ponownie, uniżenie każdego z osobna i wszystkich razem czekających na doniosłe chwile, radosne momenty i chwile uniesienia  z Raptors w drugiej rundzie rozgrywek playoffs.  Brakuje nam jednego zwycięstwa, jednego magicznego „W” by awansować, przepędzić złe mary koszmary i ściągnąć klątwy wszelakie. Czy nam się uda, czy liderzy się przełamią oraz czy szampan będzie miał prawo wystrzelić tej nocy? O tym za chwilę.

Za nami mecz nr 5. Zacięty, wyrównany, zawierający wszelkie elementy rzemiosła koszykarskiego. Walka na tablicach (Bismack), egzekucja w kluczowych momentach(DeRozan), rozgrywanie(Lowry) i wprowadzanie debiutanta, który nie boi się niczego. Tak, Norman Powell, o którym ostatnio pisałem, wspiął się na szczyt swych umiejętności, zagrał bez tremy i dzięki m.in. przechwytowi na Paulu George zyskał nową rzeszę kibiców. Nie wiecie o co chodzi? Patrzcie, jak się broni gracza kalibru All-Star:

 

Po tych emocjach mamy mec z nr 6. W zapowiedziach Powell startuje jako rzucający obrońca, DeRozan na niskim skrzydle, dalej PatPat, Jonas i Lowry(mimo efektywnego rozgrywania ma katastrofalną skuteczność z gry-31% , przy czym za trzy rzuca na poziomie 19%). Ruszamy, kwarta po kwarcie, kciuki zaciśnięte, napitki schłodzone.

Od początku walczymy. Carroll w wyjściowym ustawieniu, kontuzja wydaje się być przeszłością. Pierwsze punkty nasze. Kryjemy szczelnie każdy centymetr boiska. Lowry? Fantastyczna kontra, łatwy layup i mamy 8-2 dla nas. Próbujemy wjazdów i kicków na obwód, co dwukrotnie przynosi pozytywny efekt. Mimo to, śmiem twierdzić, że Pacers dobrze „czytają” naszą grę i musimy wymyślić coś nowego na kolejne kwarty. Po pierwszej kwarcie, w której Pacers odrobili 9 punktów straty, mamy 22-20.

Kwarta druga i od razu Powell rewelacyjnie zagrywa  w obronie. Cory Joseph 2b2 za trzy. W międzyczasie zaczyna się bój o wszystko dla Heat. Wracając do Raptors – na boisku pojawia się Ross, który w ciągu 2 minut i 4 decyzji przypomina mi, za co nie lubię Archiego Goodwina. Nieprzemyślane rzuty, crossy na 10 metrze. Odpowiedź Indy i mamy 2 punkty przewagi. Potem zaś kilka razy sloppy play”, punkty Carrolla i w postaci Demarre mamy lidera punktowego całego meczu na ten moment (12 punktów). Ostatnia minuta kwarty do zapomnienia przez to, co miało miejsce na parkiecie (rzuty, straty piłki).

Trzecie rozdanie i szybka pogoń Pacers, zakończona prowadzeniem 47-46 po trójce Turnera. Szybkie 4 przewinienia po stronie Toronto i na 8 minut do końca kwarty Indy zaczyna zgarniać bonusy z linii rzutów osobistych. Poza tym? Okrucieństwem by było polecać komukolwiek tę kwartę. Po obu stronach niedbalstwo, nieprzemyślane decyzje rzutowe a do tego tasiemiec osobistych naszych przeciwników.

Kwarta czwarta i szybki odjazd. Pacers grają o życie i to widać od początku kwarty. Toronto są „bezpieczni” z racji stanu 3-2 i to też widać. Totalna indolencja w ataku, brak ikry tudzież czegokolwiek, za co jest ta drużyna uwielbiana. 16 punktów z rzędu dla gospodarzy, przewaga 19 punktów w meczu i 64 punkty Raptors po 38 minutach gry. Egzekucja jednym słowem.

Wnioski? Zbyt szybko faulujemy, gramy pasywnie w ataku. Nasi liderzy nie stawiają się na żądanie. Jeden Cory Joseph + zrywy poszczególnych graczy to za mało. Walka, walka i jeszcze raz walka. Miles Turner to zagrożenie podkoszowe, które trzeba wyciągać z pomalowanego.

Pełni nadziei w oczekiwaniu na mecz siódmy – kibice.

 

 

Z miłości do koszykówki:
Elwood
30 kwietnia, 2016