Orlando Magic znowu dali nam popalić

Mefju A,12 listopada, 2014

Znów było blisko niespodzianki w meczu przeciwko młodym Orlando Magic. Aż dziw, że bilans tej drużyny to 2 – 6. Bardzo mocna obrona i wysoka skuteczność w ataku utrzymywały ich na prowadzeniu przez prawie całe spotkanie. Chyba jednak nie do końca przyjmowaliśmy do świadomości możliwość porażki.

Takiej bitwy jeszcze w tym sezonie nie stoczyliśmy. Nie było problemów z trójkami, nie było problemów z rzutami wolnymi. Biła nas głównie wspomniana defensywa. Zarówno Magików, jak i nasza.
Nie potrafiliśmy wyprowadzić złożonych akcji, trzeba było grać 1 na 1. Wtedy skuteczne podwojenia, a nawet potrojenia, wymuszały trudne rzuty i straty.

Nie pomagali sędziowie. Nie ma co zwalać na nich winy, ale trzeba zaznaczyć, że dzięki nim widowisko było.. „dziwne”? Masa nieodgwizdanych fauli na przemian z niepotrzebnie gwizdanymi. Osobiście po 2 kwartach po prostu spałem. Gapiłem się w ten monitor jak warzywo, nie mając w głowie żadnego ogarniętego komentarza. Świtało tylko „wiem, że sobie poradzą”. W głowach zawodników było jednak co innego – wielka frustracja.

DeMar DeRozan został zablokowany 3 razy w pierwszej połowie, a jego skuteczność wynosiła 3 – 14, jeśli dobrze pamiętam. Dwie minuty przed końcem drugiej kwarty Dwane Casey zdjął go. Rzucający nawet chwili się nie zastanawiał, po prostu zszedł bezpośrednio do szatni.

Podobne nerwy czuli pozostali zawodnicy.

60 – 51 po pierwszej połowie. 83 – 73 po 3 kwarcie.

Man with the Golden Kicks

Kontrolę nad meczem tak naprawdę przejęli zmiennicy. Greivis Vasquez, Lou Williams, Patrick Patterson, James Johnson i Tyler Hansbrough – ten skład funkcjonował wczoraj jak nigdy przedtem. Wola walki, chęć udowodnienia „Panowie, nasza drużyna to nie tylko pierwszy skład”. Dali z siebie wszystko, bez względu na pomyłki sędziów.

JJ i Psycho-T walczyli na tablicach, Patman i Sweet Lou zdobywali dla nas punkty, Generał Vasquez dobrze rozgrywał.

Na 10 minut do ostatniej syreny doprowadziliśmy do remisu 83 – 83, a po 3 minutach wyszliśmy na prowadzenie 90 – 88.

Pierwszy skład dokończył mecz.

Słaby występ podkoszowych – Jonasa Valanciunasa i Amira Johnsona. Ten drugi naprawdę nie istniał, choć 12 punktów mogłoby świadczyć o czym innym. Wiele razy zastanawiałem się, czy w ogóle przebrał się na dzisiejszy mecz – serio.

DeMar DeRozan – frustracja wzięła górę. Trafiał dobrze wolne, ale zachowywał się nerwowo, wręcz agresywnie. W pewnym momencie przy linii bocznej Magic go potroili. Mógł zrobić wiele, poszukać podania czy nawet złapać ich na tym i odbić piłkę na aut, on wkurzony po prostu wyskoczył, obijając się chyba o wszystkie ręce, byle wyrzucić piłkę w górę i dostać faul. Faulu nie było, był czas wzięty przez Caseya.

Bardzo dobrze zagrała ławka, o czym już pisałem. Louis Williams (14 punktów) trafiał, co trafić powinien, Patrick Patterson (12 punktów) trafił 3 ważne rzuty z dystansu, co trochę rozciągnęło obronę przeciwników.

James Johnson (10 zbiórek, 6 punktów) poradził sobie jak zawsze. Tyler Hansbrough niestety bez punktów, ale kto oglądał mecz ten wie, ile siły włożył w ten wynik.

W przerwie na parkiecie pojawiła się znana Eugenie Bouchard, niedawne objawienie światowego tenisa, ładna, młoda Kanadyjka, w sam raz dla takiego przystojniaka jak ja.

Z miłości do koszykówki:
Mefju A
12 listopada, 2014