Północ wzięła rewanż. Gwałt na Nets w Toronto!

wojbielewicz,18 grudnia, 2014

Mógłbym w zasadzie zacząć teraz krzyczeć jak każdy typowy GM drużyny NBA, że należy „F**k Brooklyn”, tylko po co, skoro tak naprawdę jest mi tej 90-milionowej zbieraniny szkoda. Kasa idzie w błoto, każdy kibic tej drużyny nie lubi oglądać meczów swojej ekipy i myśli tylko o tym, żeby przestać tracić pieniądze. Inny miał być początek Brooklyn Nets.

Chociaż dzisiaj ich początek był zdumiewająco dobry, ale Raptors zrobili to tylko dlatego, żeby potem móc zgwałcić swoich rywali w każdej z kolejnych trzech kwart i pokazać, że w tym momencie nie dopuściliby do meczu numer 7. Raps in 4! Mieliśmy 16 punktów zapasu po końcowej syrenie przegrywając pierwszą kwartę ośmioma oczkami i grając generalnie rzecz ujmując słabo. Jakoś się tym nie przejąłem, wiemy wszyscy jak Raptors powoli wchodzą w spotkania i z jakim impetem potrafią je kończyć.

Ponarzekam może na początek, bo zawsze miło jest skończyć pozytywnymi akcentami.

*Nawet jeśli nieistotny, to start w naszym wykonaniu był bardzo słaby. Pozwoliliśmy, żeby Mason Plumlee był 4/4 z gry i Jonas Valanciunas wypadł przy nim strasznie blado. Gubiliśmy zawodników podczas defensywnych rotacji i Nets mieli mnóstwo otwartych rzutów. Nasze szczęście, że kilka z nich spudłowali.

*Nie wiem jakim cudem mogliśmy dopuścić do sytuacji, w której przegraliśmy kwartę w pomalowanym 18-6 grając głównie Jonasem oraz Amirem Johnsonem przeciwko duetowi Mason Plumlee-nikt więcej. Boli to tym bardziej, że zmuszaliśmy dziś Nets do oddawania rzutów z dystansu lub półdystansu. Kiedy oni wrzucili nam 18 punktów z trumny w 12 minut?

*Komentatorzy ESPN wzięli podczas drugiej kwarty Drake’a do stolika, żeby trochę pokomentował mecz. Problem w tym, że Drake nie zna się na koszykówce ani trochę, ale skąd ESPN ma to wiedzieć, skoro ostatni mecz Raptors transmitowali w 2008 roku? Fajnie było jednak posłuchać, jak nabija się z fryzury Joe Johnsona i nazywa Kyle Lowry’ego baby-faced.

*Bruno Caboclo wszedł na parkiet zdecydowanie za późno. Tłum krzyczał, Raptors prowadzili różnicą kilkunastu punktów, a Casey nie reagował. Mógł zanotować wspaniałą asystę, ale Patrick Patterson go nie lubi, ponieważ stanowi dla niego zagrożenie w rotacji i on nie będzie kończył wsadów po kapitalnych podaniach Bruno. Bo nie.

*Hala była dzisiaj zbyt cicha. Nie wszystkim spodobały się białe koszulki z okazji Drake Night. Szkoda, bo brakowało tego klimatu, który był w playoffach rok temu. Nie żebym spodziewał się biernego odtworzenia tamtych meczów, brakowało do tego wielu czynników, ale jak na hucznie zapowiadany rewanż Północy, to było całkiem bezpłodnie.

Starczy. Pokonaliśmy Brooklyn Nets i w końcu jest się z czego cieszyć. Od drugiej kwarty oglądaliśmy dokładnie takich Raptors, jacy grają od początku sezonu. Nigdy w 20-letniej historii klubu nie mieliśmy 20 wygranych przed świętami. Wcześniej najszybciej udało się to osiągnąć po 36 spotkaniach sezonu. W tym roku potrzebowaliśmy dziesięciu mniej.

*Kyle Lowry – jeśli on nie zagra w All-Star Game to tracę wiarę w ludzkość. Dziś ponownie był najlepszy na parkiecie, skończył mecz z 20 punktami i 12 asystami.

*Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem naszej ławki. Wystarczyły nam dwa nowe elementy o imionach Lou i James, żeby stać się kimś w tej lidze. Wrażenie nie zmienia faktu, że byłem dziwnie spokojny o dalsze losy spotkania po pierwszej kwarcie. Wiedziałem, że rezerwowi wejdą na parkiet i zaczną robić różnicę, a potem dołączą do tego zawodnicy pierwszego składu i znów będzie wygrana. To tacy typowi Raptors w tym roku.

*Zaczynam się powoli przekonywać do Landry Fieldsa. Koleś jest przepłacony, ale podoba mi się, że pomimo braku zaufania na początku sezonu, potrafi wykorzystać szansę, jaką obdarował go Dwane Casey. Miał dzisiaj nawet jeden wsad, ale najlepszą robotę robi w defensywie, bo tego się od niego głównie oczekuje. Kilka razy świetnie zatrzymał Joe Johnsona, wymusił parę strat i Nets w końcu ogarnęli, że należy szukać innych obrońców, których ewentualnie mogą zacząć punktować.

*Jonas Amir. Kiedy nie idzie jednemu, idzie drugiemu. Amir kontrolował mecz na deskach na początku spotkania, Jonas zaczął udowadniać jak wielki postęp zrobił w drugiej części meczu. Dobrze, że nasi wysocy w końcu się obudzili, bo gdybyśmy przegrali ten mecz w pomalowanym to byłoby więcej powodów do zmartwień. A tak skończyliśmy go 56-44 (mimo startu 6-18).

*Pomysł z prowokowaniem Nets do oddawania rzutów z dystansu i półdystansu się sprawdził. Za trzy punkty trafili 9/27 prób, z półdystansu ledwie 4/17.

*Budujemy swoją siłę na wygrywaniu spotkań, które powinniśmy wygrywać. Umiejętność pokonywania słabszych też jest w tej lidze istotna, jeśli nie najistotniejsza w kontekście nabrania późniejszej pewności siebie. Brak lekceważenia rywala cechuje Raptors od początku sezonu. Rozpoczynamy spotkania z respektem dla przeciwnika, pozwalamy mu się wyszaleć, a potem przejmujemy kontrolę nad meczem i cyk – jesteśmy dzięki temu na bilansie 20-6.

Wyróżnieni:

MVP Meczu: Kyle Lowry

Najlepsi gracze Raptors: Kyle Lowry 20 pkt, 12 as; Jonas Valanciunas 16 pkt, 12 zb; Amir Johnson 13 pkt, 9 zb

Z miłości do koszykówki:
wojbielewicz
18 grudnia, 2014