Raptors wciąż zawodzą. Porażka z Miami Heat (102-107)

Mefju A,3 listopada, 2014

Wzmocnienia w lecie były duże. O wynik walczą jednak wciąż ci sami. Wielkie, w pełni zrozumiałe nadzieje na przerwanie złej passy zamieniły się w równie wielki zawód. Chciałbym napisać, że zabrakło Amira.. Niestety zabrakło wiele więcej.

Oczywiście obecność Amira Johnsona dałaby nam bardzo potrzebną w tym meczu walkę pod koszem. Jakość, jaką prezentował w pierwszych spotkaniach stworzyła wielką lukę na tej pozycji, kiedy już go zabrakło. Problemy z kostką – kostką, nie kolanem, wybaczcie, bo tak zawsze pisałem w innych artykułach.

W pierwszym składzie zastąpił go Patrick Patterson, który jakoś nie zdołał zrozumieć dwóch rzeczy. Po pierwsze, że jego rola to zastąpić podkoszowego, a nie rzucającego. Po drugie, że jego rzut od początku kuleje i tym bardziej powinien przesunąć się w okolice „pokolorowanego”.

Niedostateczna obrona z naszej strony i dobre ręce Heat sprawiły, że mecz był trudniejszy, niż być powinien, ale gdyby to były nasze jedyne problemy..

Nasi zawodnicy od początku preseason pierniczą rzuty wolne, ale to, co działo się wczorajszej nocy było dla niektórych niemożliwe do oglądania. To był popis „jak przegrać mecz i udowodnić, że to jednak oni są lepsi”.

Na ogół dzielę podsumowanie na 2 części – przebieg meczu i kluczowy moment. Wczorajszych 48 minut nawet nie warto opisywać. Przez 3 kwarty było do k-i-t-u, żebyśmy w ostatniej zaczęli na serio bić się o wynik.

Na plus:

DeMar DeRozan – konsekwentnie od początku do końca. 14 punktów w pierwszej kwarcie, ogólnie 30. Niestety i jemu udało się spudłować 2 rzuty wolne z rzędu, zaznaczając, że piłka czasami wracała szczęśliwie do naszej drużyny. 4 przechwyty. Jeśli komuś w tym meczu naprawdę zależało na zwycięstwie to właśnie jemu.

Większość osób, która zagląda na naszą stronę, pewnie zdążyła już zauważyć, że to mój ulubiony zawodnik i to ze względu na niego zostałem fanem Toronto Raptors. Do niedawna byłoby to śmieszne, ale dzisiaj chyba każdy się zgodzi. To DeRozan powinien być wczoraj zawodnikiem „Go-To”. To na niego powinny być grane decydujące akcje wczorajszego meczu. Trafił pod koniec ważną trójkę i dwa rzuty mid-range z wysokiego wyskoku.

Problem polegał na tym, że kiedy na boisku pojawiał się Vasquez (jako SG, DeMar SF) to nasz rzucający nie dostawał piłek. To samo było we wspomnianych akcjach, kiedy wpuściliśmy nawet Lou Williamsa i Terrence’a Rossa jednocześnie i piłka nie mogła trafić ani do Double-D, ani do Kyle’a Lowry’ego.

Bo Kyle Lowry też nie miał złego meczu, wziął na siebie odpowiedzialność, kiedy obrona uniemożliwiła grę DeRozanowi. Był jak dla mnie pierwszą opcją w ostatnich minutach, na równi z DeRozanem. Bolą jednak rzuty wolne, które spudłował wtedy, gdy najbardziej ich potrzebowaliśmy (1 – 3 kwarta).

Na pochwałę jak zwykle zasługuje Tyler Hansbrough, bo walczył, walczył i jeszcze raz walczył. W ostatnie kilkanaście minut meczu był właściwie jedynym wysokim, na którego można było liczyć, choć liczby jak zwykle tego nie ukazują (2 pkt, 6 zb, 1 przechwyt).

Kolejny dobry wynik Jonasa Valanciunasa (14 pkt, 8 zb), jednak to nie jest zawodnik dobry na grę przeciwko szybkim Miami Heat i mimo że wykonał dobrą robotę, brakowało mu trochę tej lekkości Chrisa Bosha. Spóźniał się w obronie, co kończyło się faulami.

Reszta bez komentarza. Może warto było na chwilę wrzucić tam Grega Stiemsme, nigdy się nie dowiemy.

Bez wątpienia nasza drużyna rozkręci się w trakcie sezonu, boli jednak, że drużyny takie jak Chicago Bulls, Cleveland Cavaliers, czy Miami Heat nie potrzebują nabierać prędkości, aby nie zawodzić.

Wyróżnieni:

MVP Meczu: Dwyane Wade

Najlepsi gracze Raptors: DeMar DeRozan: 30 pkt, 4 prz; Kyle Lowry: 22 pkt; Jonas Valanciunas: 14 pkt, 8 zb;

Z miłości do koszykówki:
Mefju A
3 listopada, 2014