Toronto vs Miami: decydujące starcie

Elwood,16 maja, 2016

21 lat oczekiwania na finały konferencji. Niemal 3 rundy tegorocznych playoffs czekania z utęsknieniem na dobrą grę obu liderów. 48 minut zaciętej walki i po raz pierwszy od debiutu w lidze Toronto Raptors będzie walczyło o finał ligi. Walka przez wielu zapowiadana jako nierówna, jako karkołomne zadanie i coś, co może być poza naszym zasięgiem. To w przeciągu tygodnia. Teraz zaś delektujmy się spotkaniem nr 7 rywalizacji z Miami Heat, gdyż jest czym się delektować.

Od pierwszego gwizdka sędziego weszliśmy w mecz „na całego”. Odważne wejścia pod kosz, szybkie trafienia i nabranie pewności zarówno przez nasz backcourt All-Star jak i przez wyśmienitego tej nocy Bismacka Biyombo. Heat ponownie skorzystali na środku z usług debiutanta i tu chylę czoła – Justice Winslow grał jak wyjadacz parkietów, człowiek który za nic ma obecność rasowego środkowego po drugiej stronie parkietu. Walczył o zbiórki, robił różnicę w pomalowanym, celnie trafiał z dogodnych
pozycji. Tego było jednak za mało.

Biyombo. Oficjalnie 208 cm wzrostu, faktycznie zarówno Joe Johnson jak i Winslow (po 201 cm) wyglądali przy nim na równych pod tym względem. Umiejętności, siła i wola zwycięstwa były jednak po stronie gracza Toronto. Każda zbiórka wyszarpana, każdy punkt wyrwany przeciwnikowi a do tego napompowane ego po kolejnych wygranych potyczkach z wymienionymi. Nawet zmiana na Josha McRobertsa nie przyniosła wymiernej korzyści dla Heat. Poza pierwszą, „wdrożeniową” kwartą Bismack wyglądał rewelacyjnie.
Do tego „palec Mutombo” po bloku…poezja.

Skoro o poezji mowa, nie sposób przemilczeć dyspozycję naszego lidera z krwi i kości, rozgrywającego swe najlepsze zawody Kyle`a Lowrego. Wejście w pomalowane? Bez problemu. Trójka z obrońcą na plecach z 8 metrów? Nic wielkiego. Angażowanie partnerów w atak – rewelacja. Owszem, można mieć zastrzeżenie do gry na zasłonach i kilku wymuszonych akcjach 1/1 z DeRozanem, gdzie nie było zamiany kryjącego. Ale to szczegóły, niuanse które nie mają większego znaczenia w końcowym rozrachunku. Bilans
zysków i strat jest po naszej stronie.

Co jeszcze? DeRozan nieskuteczny, acz angażujący przeciwnika i tworzący przewagę. Carroll świetny po obu stronach boiska, skuteczny i pewny w swoich akcjach. W tym miejscu wielki plus dla obu naszych nowych nabytków, zarówno Bismack jak i Carroll spłacili się z nawiązką. I jeszcze PatPat, zacięty jak zawsze, skuteczny, męczący przeciwnika pod koszem.

Świetnie się to oglądało. Cała przyjemność po mojej stronie, Jurassic Park i trybuny również były zachwycone przebiegiem wydarzeń. Przełamaliśmy kolejną barierę w tym sezonie. Nie tylko Golden State może bić rekordy, my również potrafimy co pokazaliśmy całemu światu.

Cleveland, nadchodzimy.

Z miłości do koszykówki:
Elwood
16 maja, 2016