Typowy mecz Raptors w Detroit

Toros,20 grudnia, 2014

Jeśli wstajesz rano i wiesz, że przed napisaniem relacji z meczu musisz upiec ciasto, to znaczy, że święta już za pasem. W tym momencie szarlotka mi rośnie w piekarniku a ja zastanawiam się, co właściwie można powiedzieć o wczorajszym meczu. Moim zdaniem był… normalny i irytujący.

Czemu irytujący? Bo przez całą pierwszą kwartę przeklinałem pod nosem i pytałem się przeróżnych bóstw Czemu oni tak grają?!, później jednak gdy zaczęła się 3 kwarta, zrozumiałem, że mecz był…

…normalny. Był taki, ponieważ tak właśnie wyglądają ostatnio mecze Raptors. Wydaje mi się, że oni nawet tak rozplanowują swoje mecze:

1. Dajemy przeciwnikowi odjechać.
2. Ledwo go doganiamy do przerwy.
3. Włączamy wyższy bieg i odskakujemy na 20 punktów.
4. Bawimy się do końca meczu, przez co oni trochę zmniejszają starte, ale i tak nie są w stanie nic zrobić.

Tak na pewno był rozplanowany mecz z Pistons. W pierwszej połowie gospodarze osiągnęli nawet przewagę jedenastu punktów. Jednak goście z Kanady stratę odrobili do przerwy (52-52), a w drugiej połowię na pozwolili Tłokom nawet marzyć o zwycięstwie.

Bardzo niewygodny jest niestety fakt, że Raptors ewidentnie zapomnieli o takim małym aspekcie jak Obrona w pierwszej połowie”. W ciągu kilku ostatnich meczów pozwolili przeciwnikowi na rzucenie w pierwszej kwarcie przynajmniej 30 punktów. Oczywiście później naprawiali to w drugiej połowie (Wczoraj 29-18 w trzeciej kwarcie), ale nie zawsze to się będzie udawać i nie każdego dogonią w ostatniej odsłonie.

Na co miło się wczoraj patrzyło to fakt, że od pierwszych minut drużyna angażowała JV. Dokarmiali go piłką by grał tyłem do kosza z Drummondem. Może nie zawsze mu to wychodziło, ale punktowo z tej potyczki wyszedł zwycięsko (JV-Drummond 17-7 w całym meczu). Andre jednak odgryzł się, zbierając z tablicy 11 piłek, czym przyczynił się do tego, że Pistons wygrali na tablicach 49-47. Poza Litwinem drużyna z Kanady nie miała właściwie wcale żadnych argumentów pod koszem, gdy JV zasiadał na ławce, duet Monroe-Drummond pożerał Tylera żywcem, później wypluwał i pożerał jeszcze raz, popijając to Hayesem. Co prawda Chuck stawiał jeszcze jakiś widoczny opór, no ale to wciąż był Chuck.

Pojedynek Jonas-Drummond jest aspektem, dla którego zawsze chętnie oglądam mecze z Pistons, jest to ta jedna rzecz, na którą przyjemnie mi się patrzy. Myślę też sobie zawsze, że Andre mógł trafić do nas zamiast Rossa i zastanawiam się, czy taki duet dwóch wież by zadziałał. Zapewne nie, ale marzyć zawsze można.

Kyle Lowry nie brylował wczoraj celnością swoich rzutów, rozdał za to 7 asyst, jednak jak pokazała druga połowa, nie było to konieczne i po raz kolejny mógł wziąć dzień wolny od bycia bohaterem. Lou Williams (15 punktów), Patrick Patterson (11 punktów) oraz James Johnson, (12 punktów) wszyscy razem byli 13/25 z gry, wzięli mecz na siebie, a momentami robili sobie plac zabaw z parkietu po stronie Pistons.

Mecz miał też swój bardzo przykry moment, gdy Landry Fields goniąc za swoim człowiekiem w obronie, wyskoczył, chcąc blokować rzut i przekoziołkował przez zawodnika drużyny przeciwnej, lądując na parkiecie, mocno uderzając się przy tym w głowe. Widać było, że chciał się od razu podnieść, ale jednak wyczuł, że coś jest nie tak i położył się na parkiecie. Na szczęście udało mu się zejść do szatni o własnych siłach (Co prawda bardzo niepewnym krokiem). Miejmy nadzieje, że wyleczy się jak najszybciej, bo po jutrzejszym Nowym Yorku przyjdzie już czas na dobre drużyny, gdzie będziemy go potrzebować (Matko, jak to brzmi).

Raptors są 5-0 w ostatnich meczach, jutrzejszą potyczką z Knicks (21:30 czasu polskiego!!) kończą swoje tournée po słabych przeciwnikach. Wszystko wskazuje na to, że wykonają plan minimum-nie przegrać ani razu. Potem, jednak następni w kolejności są Bulls i Clippers i dla zwykłej przyzwoitości należałoby chociaż jeden z tych meczów wygrać.

Wyróżnieni:

MVP Meczu: Jonas Valanciunas

Najlepsi gracze Raptors: Jonas Valanciunas 17pkt, 7zb; James Johnson 12pkt, 8zb; Lou Williams 15pkt; Kyle Lowry 15pkt, 7ast, 5zb

Z miłości do koszykówki:
Toros
20 grudnia, 2014